|
niedziela, 15 listopada 2009
75. Piercing Na Kowadle Mody
Literówki potrafią się tak zakamuflować, że stają się niewidoczne, nawet po dwukrotnym sprawdzeniu tekstu. We wczorajszym moim wpisie znalazłem „przyklaśniąc” i ta śpiąca literówka uszła mojej uwadze. Było późno i po trudnym dniu z okropną pogodą, moje myśli ciążyły w kierunku spania i śnienie, raczej niż przyklaskiwania racicą. Nie wiem nawet czy parzystokopytne są zdolne do takich wyczynów. Zgońmy wszystko na tę senną literówkę. Dziś trafiłem ponownie na literówką „życie-żucie”: „chcąc nie chcąc zostałam zmuszona do uczestniczenia w żuciu niezaradnych mężczyzn”. Miejmy nadzieję, że blogerka przeżuła to niezapomniane przeżycie wspólnego żucia z życiowymi niedołęgami. Mój niekłamany podziw typu horror wzbudziła 13-letnia blogusia, która napisała, że jej „hobby jest piercing. Sama przekułam sobie dwie dziurki w uchu, pępku i wargę (sic!). Jeszcze został mi język, ale to dopiero po skończeniu gimnazjum.” Wyobraźcie sobie odwagę tej małoletniej wielbicielki „piercingu”, gdy kładła pępek i wargę na kowadło i przekuwała sobie w nich dziurki.” Mam cichą nadzieją, że popełniła literówkę i że tylko przekłuwała sobie dziurki, chociaż po tych nastolatkach można się spodziewać wszystkiego. Nawet kucie młotem kowalskim. Piercing to podświadomy symbol przekuwania dzieciństwa na dorosłość. Tak to nieporadnia widzi. Na powitanie pracowitego poniedziałku posłuchajcie zespołu 2 plus 1 śpiewającego „U kowala” – to tak a propos przekuwania.
sobota, 14 listopada 2009
74. Nieporadnia Dla Językowo Sprawnych Inaczej
W mojej nieporadni będę wyławiał błędy różnego rodzaju z różnych źródeł i gęstwin polszczyzny, a także znanych mi języków. Literówki są często kluczem do podświadomych głębin piszących. Ortograficzne błędy zasługują na uwagę psychologów i socjologów, bo jako objaw buntu przeciwko mądralom wymyślającym nowe reguły. Wpadki gramatyczne, stylistyczne, logiczne są tak częste, że ich nie zauważam, bo sam je popełniam. Cytować moich źródeł nie będę, ale z góry dziękuję moim nieświadomym współpracownikom. Na początek taka drobna literówka o filozoficznie intrygującej głębi: „ nie potrafię współżuć z mężczyznami, którzy nie dzielą moich gustów.” Tak mówią liczne antylopy i reszta przeżuwających kobiet i trudno im nie przyklaśniąc moją męską racicą. Do posłuchania niedzielnego Chiński Flet Bambusowy.
środa, 11 listopada 2009
73. Energio Moja! Gdzie Ty??
Czytałem dziś o energii. Dlaczego, pytacie ze zdziwieniem w oczach i znakiem zapytania drżącym na waszych wirtualnych ustach. Dlatego, że gdy nam czegoś brakuje, to idziemy do poszukiwarki, aby znalazła dla nas kilka ziaren ludzkiej wiedzy na dany temat, w stosie ignorancji, fantazjowania i pogwarek twitterycznych. Autorytety webowe pouczyły mnie, że energia jest wieczna, niezniszczalna i objawia się pod wieloma postaciami. W tej chwili podejrzewam, że jestem tylko masą bezwładną leżącą na kanapie w oczekiwaniu na energię kinetyczną, która wyśle mnie w jakimś nieokreślonym kierunku X. Gdybym był piłką nożną...ech, nie ma co marzyć, bo nie jestem i nie znoszę tej kopaniny. Gdybym był jerzykiem, to mógłbym latać w przestworzach przez trzy lata, śpiąc i jedząc, a nawet uwodząc latające samice. Niestety, moje skrzydła nie nadają się do takiego latania. Jedno tylko co mnie pocieszyło po moim półgodzinnym studiowaniu energii jest zapewnienie mojej nieśmiertelności. Ponieważ moja forma cielesna jest biologiczną elektrownią produkująca jakąś energie, tzw śmierć jest tylko jej uwolnieniem, aby mogła poszybować w inne formy istnienia. To mi się podoba. W taką podróż wziąłbym ze sobą youtubę, a nagrany na niej jeden z najtrudniejszych dla pianisty koncertów Rachmaninowa tzw Rach 3, ale melodia jest urzekająca jako akompaniament do takiej fascynuącej wędrówki w poszukiwaniu nowych form dla mojej ziemskiej energii. Pięknie i z subtelnym wyczuciem gra tutaj Martha Argerich.
poniedziałek, 09 listopada 2009
72. Trzy Sposoby Niewolenia Ludzi
„Czapką, papką i solą, ludzie ludzi niewolą Staropolskie porzekadło Tak było kiedyś. Dziś jest inaczej. „Niewolić” ma tutaj znaczenie „zjednywać sobie, pozyskiwać” kogoś, czyli w żargonie żoliborskich żulików „kto smaruje, ten jedzie”. Czapka nie jest symbolem grzeczności, lecz czołobitności i nadskakiwania (stąd „czapkować”). Papka to bułka maczana w mleku dla bezzębnych niemowląt, a sól była kiedyś warta tyle co pieniądze. W tłumaczeniu na dzisiejszą polszczyznę: „płaszcz się, mamlaj językiem pi-arów i płać słono za ochłapy z pańskiego stołu.” Nie poddawajmy się jednak rozpaczy, bo są także inne sposoby niewolenia ludzi. Zwłaszcza na internecie, w tym cudownym, wirtualnym świecie. Smajle, blipy, jutuby łączą Kaśkę do Kuby. Szafujcie tymi śmieszkami, bo to nic was nie kosztuje, a smajle osłodzą najgorszą nawet grafomanię. Blip, fejsbuk, twitter to takie bagietki rozmoczone w naszej tęsknocie za towarzystwem bliźnich i ulepione z pustosłowia. Wszyscy mlaskamy radośnie i piszemy „mniam, mniam”, bo nic innego nam do główki nie przychodzi. Ale bawimy się świetnie, jak sroka na płocie. Jutuba tworzy nastrój, jutuba koi serca dzikusów i rozmarza. I wtedy możemy zapomnieć o wszystkim i utonąć w dźwiękach „Jesieni – Vivaldi'ego”. Miłego słuchania muzyki z epoki dawno minionej... 71. Asturias Albeniza Na Koniec Weekendu
Jedna z tych melodii, które muszą być grane na gitarze, zwłaszcza przez takiego mistrza jak John Williams. Na pożegnanie listopadowej niedzieli posłuchajcie Asturias– dobrej nocy. Zapomniałem całkowicie, że u was już poniedziałek, a u mnie właśnie kończy się niedziela. Nie szkodzi - Albeniza można także słuchać na powitanie poniedziałku - oby pomyślnego pod każdym kątem. Wczesne dzień dobry z Anglii. :-)
sobota, 07 listopada 2009
70. Dyletant w Zaklętych Rewirach Nauki
Gdy zacząłem nosić okulary, uśmiechnęła mi się kariera naukowca, ale tu zaczęły się problemy. Wiedza tak się rozdrobniła w mojej młodości na wąskie specjalizacje, że gdybym zdobył doktorat w ornitologii, to wkrótce musiałbym wyspecjalizować się w badaniu efektów tokowania głuszców na głuszyce, flirtujące z cietrzewiami. Taki bowiem mezalians zdarza się wśród tych dziwnych ptaków i jego rezultatem jest bezpłodny odmieniec zwany skrzekotem. Wśród ornitologów jest z pewnością spec od skrzekotów. Jako dziennikarz specjalizuję się w podglądaniu takich właśnie mini-specjalistów, którzy zajmują się badaniem nieznanych zakamarków nauki. Podzielę się z wami kilkoma znaleziskami z pola ornitologii, bo tam ostatnio zawędrowałem. Niczego tutaj nie wymyślam, tylko cytuję tytuły naukowych artykułów. Marta Borowiec np badała „Ewolucję sygnałów seksualnych u ptaków: czy samiec i samica mogą rzetelnie ocenić jakość partnera.” Doświadczona głuszyca wyznała reporterowi Klechd, że samiec jest zwykle zbyt zachwycony swoim rzępoleniem, aby móc rzetelnie ocenić szyszkę na sośnie, nie mówiąc nawet o głuszycy na polu zabaw. Podobną opinię miały damy średniowiecza o trubadurach podbalkonowych. Bardziej skomplikowany temat badań poruszył Tomasz Wilk w pracy pt” Nie zawsze większy znaczy lepszy-efekt wielkości ornamentów płciowych na kojarzenia pozapartnerskie u muchołówki białoszyłej”. Olaboga! co się dzieje w świecie muchołówek? To białoszyła też popełnia cudzołóstwo z puszczykiem? A w świecie ludzkich ptaszyn czy kolczyk w nosie zalicza się do ornamentów płciowych? P.Indykiewicz napisał naukowy referat pt „Zmienność wielkości, kształtu i struktury „lądowych” gniazd śmieszki”, która to Larus ridibundus pewnie bawi się w takie zmiany dla hecy. Ciekawym tematem jest także „Zachowanie terytorialne pójdźki w krajobrazie rolniczym okolic Lublina” oraz „Skuteczność rozprzestrzeniania diaspory przez gawrona”, autorstwa Marka i Haliny Kucharczyk. Pójdźkę słyszałem na wakacjach w lubelskich lasach, a diaspora gawronów brzmi jak wronie getto. Jestem naukowo-ornitologicznie zafascynowany.
środa, 04 listopada 2009
69. Internet Jako Globalny Łapacz Snów
Magiczny instrument czerwonoskórych szamanów jest dziś pozbawioną wszelkiej magii pamiątką dla turystów, zwiedzających indiańskie rezerwaty. O tym amulecie możecie sobie poczytać w niezawodnej wikipedii. Gdy sobie dziś przypomniałem tego „Poławiacza Snów” i spojrzałem na jego fotografię, a później posłuchałem sennej i mglistej melodii chińskiej na ten sam temat, ujrzałem przed sobą wizję Łowcy Snów w XXI wieku. Tak, internet, moi drodzy, to też sieć, przez którą przepływają bez przeszkód wszystkie migocące, srebrnołuskie sny z koralowych raf, ale która przechwytuje ośmiornice, rekiny i resztę webowo-głębinowych straszydeł. Jak to jest możliwe? Odpowiedź na to wścibskie pytanie nie jest łatwa, głównie dlatego, że internet jako łapacz snów jest jeszcze w elektronicznych powijakach. Tak jak sny, internet ma już niemal globalny zasięg i stopniowo przekształca naszą jawę w śnienie-podobną rzeczywistość. Przy oglądaniu filmów, w kinie czy na TV, jesteśmy biernymi widzami cudzych snów. Internet uczy nas jak można śnić wspólnie. Posłuchajcie tego mglistego Łapacza Snów na youtube tuż przed podróżą na pole snów i napiszcie jutro, co wam się śniło.
poniedziałek, 02 listopada 2009
68. Jestem Drzewem i Chmurą...Ty Też
Mistyk i poeta potrafią utożsamić się ze wszystkim co istnieje. Mgławice, gwiazdy, księżyc i kamienie, kryształy i ziarnka piasku, bakterie, wszystko co pełznie, fruwa, pływa i chodzi po ziemi jest –tak jak ja i ty –jest energią kosmiczną zaklętą w tę lub inną formę. Energia, która pozwala żabie skakać i rechotać pochodzi z tego samego tajemniczego źródła , z którego czerpiemy energię do tańczenia i śpiewania. O tej tożsamości energetycznej pisał bardzo dawno temu bard Celtów, Taliesin i otaczany czcią przez wiele narodów Bliskiego Wschodu, perski mistyk-poeta XIII wieku, Rumi. Jego wiara w jedność rzeczywistości przejawiała się w jego poezji, krótkich aforyzmach, muzyce i tańcu. Wirujący derwisze wprowadzili w życie jego ideę, że taniec i muzyka pomagają w osiągnięciu takiej jedności. Popatrzcie i posłuchajcie Rumi Say I Am You (Mów Jestem Tobą)- piękny poemat Sufi. Muzyka kojąca, w sam raz na pełnię w Dzień Zaduszek
niedziela, 01 listopada 2009
67. Prodana Nevesta w Duecie Smietany
Ten tytuł brzmi jak potrawa i w rzeczy samej jest muzycznym daniem w stylu opery. Romantyczny Czech Bedrzich Smetana napisał komiczną operę pt „Sprzedana Narzeczona” co po czesku brzmi jak handel żywym towarem- Prodana Nevesta - co po naszemu jest „Sprzedana Niewiasta” i taką była śliczna Marzenka, wiejska panna na wydaniu. Bogaty wieśniak miał dwóch synów, ale starszy,Jenik, uciekł z domu jako mały chłopak i gdy wrócił do wsi nikt go nie rozpoznał. Młodszy syn , Waszka, jest klasycznym wsiowym półgłówkiem i jąkałą (dziś, poprawnie: inaczej intelektualnie sprawny ze specialną dykcją), ale to właśnie jego usiłuje wyswatać z Marzenką nieuczciwy swat, który zatail mankamenty Waszki. Marzenna zakochuje się w Jeniku i odwrotnie. Jenik, bardziej podstępny niż swat, wycofuje się jako konkurent za wysoką cenę pod warunkiem, że Marzenna zaręczy się z synem bogatego wieśniaka. Pogrążona we łzach Marzenka dowiaduje się, że Jenik sprzedał ją za 300 guldenów, ale gdy wszystko jest już śpiewnie wyjaśnione, wychodzimy z opery z uśmiechem, bo wiemy że Jenik sprzedał Marzenkę sobie samemu i taki jest happy ending. W tym duecie ,Jenik wygląda na buca, , a Marzenka(Benachova) jest jak typowa złotowłosa wymarzona Czeszka.
piątek, 30 października 2009
66.Gdybym Stał Się Jutro Liściem...
...to bym się ubrał w kolorową jesionkę i czekał na silny wiatr, aby mnie poniósł na drugi koniec ogrodu. Liść więdnie, co ktoś może nazwać umieraniem inaczej, ale ja widzę to tylko jako piękną metamorfozę mojej liściastej natury. Spoczywając na trawie w towarzystwie innych barwnych spadochroniarzy drzewnych, będę opowiadał ziemi o moim chlorochwilowym życiu, o tajemnicach alchemii, która pozwalała mi zmienić świetlistą energię słońca w pożywienie dla mojego drzewa. Ziemia wchłonie moją wiedzę i przekaże ja od bieguna do bieguna. Ludzie powiedzą, że użyźniłem glebę, bo nie znają moich zielonych sekretów liściastego świata.Yves Montand śpiewa tutaj sentymentalnie o tych zwiędłych latawcach, ale z wyczuciem jesiennego liścia przed ostatnią podróżą. Les Feuilles Mortes Dobranoc.
środa, 28 października 2009
65. Sadako i Tysiąc Białych Żurawi Origami
Sadako Sasaki, mała Japonka z Hiroszimy, przeżyła wybuch bomby atomowej, ale napromieniowanie spowodowało u niej białaczkę gdy miała 11 lat. Sadaki za namową jej przyjaciółek zaczęła wypełniać swoje dni w sanatorium robieniem origami żurawi. Wedle starej legendy japońskiej, gdyby zdążyła złożyć 1,000 żurawi, wówczas miałaby prawo do jednego jedynego życzenia: aby żyć. Niestety, Sadako zmarła, gdy zdążyła złożyć tylko 644 białych żurawi, ale resztę dorobili jej przyjaciele. Rasul Gamzatow, poeta Dagestamu, tak się zachwycił tą historią i widokiem pomnika, otoczonego tysiącami żurawi origami, że napisał o niej wiersz, który okrężnymi drogami stał się jedną z najbardziej popularnych rosyjskich piosenek:Zvezda-Song Zhuravli Tutaj w pięknym wykonaniu rosyjskiej grupy Serebro.
wtorek, 27 października 2009
64. Natrętny Lokator-Pokój z Wami
Gdy przychodzę do moich znajomych z wizytą i mówię w progu: „Pokój z wami”, oni zaczynają się sumitować że, niestety, mieszkanie jest za małe na dodatkowego lokatora, że mógłbym może przenocować, ale na stałe, to bardzo im przykro…Nasz „pokój” jest dwulicowy, pewnie dlatego że, prawdę mówiąc, lubimy wojnę. Pod hasłem "peace” wikipedia polska zdołała wydusić z siebie zaledwie kilka zdań co, w porównaniu z artykułami w innych językach, wygląda na to, że jesteśmy narodem wojowniczym. My nawet potrafimy prowadzić zajadłe bitwy o pokój, byle tzlko miał cztery ściany i podłogę. Pax vobiscum, peace, szalom, salaam to pozdrawianie w kilku językach naszych bliźnich słowem „pokój”. Polacy mówią co najwyżej „uspokój się, bo dam ci w pysk” albo współcześnie „spoko,spoko”. Węgrzy nazywają „pokój” (ten bez agresji) – BÉKE" (Peace, Paz które to słowo ładnie połączyli z łabędziem śpiącym na jeziorze.
poniedziałek, 26 października 2009
63. W Poszukiwaniu Zmysłowych Tajemnic
W ostatnim podsumowaniu moich zmysłowych narzędzi miałem ich ponad dwanaście, ale jest jeszcze wiele dodatkowych, które się przyczaiły i nie zawsze pozwalają mi na ich dokładniejsze badanie. Wzrok, słuch, węch, smak, dotyk, olaboga (zmysł bólu), farenhajt (zmysł zimna/ciepła), tyktak (zmysł czasu),linoskok (zmysł równowagi) i gdziesik (orientacja przestrzenna) to te, które ma prawie każdy w różnym stopniu rozwoju lub niedorozwoju. Moje dwa dodatkowe zmysły to jasnosłyszenie (głównie anielskie chóry, ale także pomruk linii geomagnetycznych) i psychometria (dotykanie liter i dźwięków w celu ustalenia tego czego nie widać w słowach.) Każdy z tych zmysłów ma tyle różnych funkcji, że dostaję zawrotu głowy gdy próbuję wygrzebać je z tysięcy metafor, które je maskują. Gdy moje oczy pasą się widokiem uroczej laski, to zdobywają sobie pożywienie w formie fal elektromagnetycznych. Te są konieczne do utrzymania równowagi uczuciowej i równocześnie przesyłają sygnały do nosa, aby pochwycił feromony perfum, konieczne do dalszego przekazywania ważnych informacji życiowych. Węch to nie tylko identfikacja zapachów, ale także zdolność zwęszenia tego, co się święci u sąsiadów lub w pracy i umiejętność zwąchiwania się z ludźmi podobnymi do nas.A wiecie co to jest smak „umami”? Gdy facet posmakuje np bigos albo gulasz, ugotowany przez żonę i mlaskając językiem (mniam, mniam) wybełkocze: „tak jak jadłem u mamy”, to uruchomił ten instrument smaku. Zmysł dotyku ma różne natężenia od usypiającego łagodnie głasku do szokującego jak piorun dotyku „do żywego”. Gdy ktoś wyprowadzi cię z równowagi, to znaczy tylko, że pchnął cię słowami i twój linoskok wpadł w nerwowy poślizg. Mój tyktak jest wciąż lekko zdezorientowany po zmianie czasu z letniego na zimowy i cierpię chwilowo na syndrom zaburzenia okołodobowego czyli jetlag. Owada, zwierzaki, drzewa i kwiaty, wiatr i obłoki, ogień i woda też mają niesamowite aparaty do rozpoznawania, rejestrowania i przekazywania informacji podobnymi instrumentami zmysłowymi, ale o tym innym razem. Do posłuchania Relaxationdo dźwięków i widzeń, które działają na wszystkie zmysły. :-)
sobota, 24 października 2009
62. Nie Taki Skorpion Straszny...
Patrz jak nad jej wody trupie Wzbił się jakiś płaz w skorupie… sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem A.Mickiewicz: Oda do młodości Nie mam pojęcia czy nasz litewski wieszcz liznął gdzieś trochę wiedzy astrologicznej czy tylko kierował się intuicją poety, ale jego opis tego płaza pasuje do astrologicznego Skorpiona. Jego energia to drugi typ Wody, która w tym kontekście jest symbolem uczuć i wszelkiego rodzaju emocji (Rak i Ryby to inne „gatunki” Wody). „Wody trupie” pasują, bo Skorpion jest w pewnym sensie symbolem śmierci, nie koniecznie fizycznej ale głównie tej, która kończy cykle i wprowadza zmiany w naszym życiu. Słońce oddala się z naszej półkuli, ciemność triumfuje nad światłem, zbliża się ten okres gdy zaczynamy niepokoić się i oczekujemy powrotu Słońca pod koniec grudnia. Skorpion musi dać sobie radę w żegludze po falach tych „trupich wód” i dlatego symbolizuje energię samowystarczalności. Ster, żeglarz, okręt- tak musimy płynąć w zapadających ciemnościach, naszą busolą instynkt, intuicja i wiara w siebie. Każdy ma w sobie tę energię w różnych proporcjach, bo jej siła i użytek jaki z niej robimy zależy od miejsca na mapie horoskopu. Ale horoskop to tylko mapa,zaś terytorium to psychika i fizyczna forma każdej istoty, skazanej na dłuższy lub krótszy pobyt na tym padole dwunastu znaków Zodiaku. Drzewo, zwierzę, tenpajęczak pustyni, skorpion z ostrzegawczym kolcem na końcu tułowia,ty i ja i każdy z nas ma w sobię zasoby tej symbolicznej energii. Możecie o niej poczytać na webie. A na weekendową zabawę popatrzcie na jeden z wielu przykładów energii skorpiona rzekomo z Simpsona. A nawet jeśli nawet nie, to też zabawne.
czwartek, 22 października 2009
61. Monsieur Hulot Na Wakacjach
Jacques Tati był dawno temu jednym z moich ulubionych aktorów francuskich. Filmy w tej zamierzchłej epoce były tak zupełnie inne od tego co dziś zaśmieca mój ekran TV, że porównania nie mają sensu. Humor był wtedy delikatnie nieskomplikowany, świetnie podchwycony i dostosowany do takiego aktora jakim był Tati, archetyp urodzonego pechowca walczącego z trywialną codziennością. Podejrzewam, że w mojej osobowości jest gdzieś ukryty taki właśnie Monsieur Hulot. Napisałem nawet kiedyś w Klechdach cykl opowiadań o moich „przygodach Jonasza-pechowca”. Tatiszczew (jego ojciec był rosyjskim emigrantem we Francji) gra widocznie na moim francusko-słowiańskim poczuciu humoru. Ten krótki urywek z jego licznych filmowych przygód w serii Monsieur Hulot jest z jego młodszych lat, ale nie stracił nic na aktualności i jest, w penym subtelnym sensie, satyrą na francuską burżuazję owych czasów.
środa, 21 października 2009
60. Morze Szumi, Zorba Quinn Tańczy
Dawno już nie słyszałem tej hypnotycznej melodii z filmu Zorba Grek (Zorba the Greek) z nieporównym Antonim Quinn’em w roli Zorby.Szukałem, nadaremnie, innej wersji tego tańca w którym, o ile pamiętam, Zorba tańczył z z całą grupą mężczyzn. Na webie jest wiele nieudanych naśladownictw, ale czegoś tam brak- może tej energii życiowej jaką potrafił zawsze uwydatnić w swoich filmach ten awatar z innych wymiarów, jakim był Antonio Rudolfo Oaxaca Quinn. Któż inny, jeśli nie Obcy, wybrałby sobie jako miejsce urodzin miasto Chihuahua, stolicę tych cudacznych maleńkich piesków, ulubieńców, dawnych Azteków, które nazywamy Cziwawa? Perry Como nawet śpiewał kołysankę o tych cziwawach. Quinn nie był malutki, wprost przeciwnie, ale miał niezwykle barwne życie i po spłodzeniu 12 dzieci (nie jestem pewien ile miały matek) i błyskotliwej karierze filmowej, pożegnał się z ta planetą i powrócił do swej gwiezdnej Cziwawy osiem lat temu, gdy miał 86 lat. Tutaj jego taniec Zorby z Alanem Bates’em.
poniedziałek, 19 października 2009
59. Mój Krwawy Pojedynek z Monsieur Gillette
Panie czytelniczki nie powinny czytać tych męskich wyznań o naszym okrutnym zwyczaju codziennego skrobania delikatnej skóry twarzy ostrym brzeszczotem zwanym żyletką. Dowcipni Anglicy mówią na ten instrument porannej tortury „safety razor- bezpieczna brzytwa”! Buhaha! Bezpieczna? Dziś rano wyszedłem z tego pojedynku z Messie de Gillette z poharataną brodą i obficie krwawiącym serdecznym palcem. Dostał mnie płazem w podbródek i sztychem w palec, który nawet nie brał żadnego udziału w tym spotkaniu o świcie (zlekka przesadzam), bo nie mam owłosienia na tych częściach ciała. Mój zięć Harry, człek rozsądny, nosi pełne twarzowe uwłosienie zwane brodą i baczkami i moja córka widocznie przyzwyczaiła się do całowania szczotki, bo nie słyszałem nigdy jej narzekań na ten delikatny temat. Broda, jak sama nazwa wskazuje, rośnie na brodzie. Nie mamy osobnych słów na określenie tej dolnej części twarzy i tego co na niej porasta, odrasta i ozdabia lub szpeci, bo to kwestia gustu. Dlaczego narażam się na te poranne pojedynki z Gilletem? Bo będąc człekiem białowłosym, miałbym siwą brodę i wyglądałbym starzej, a także młodziej. Starzej, bo ten dodatek pod białą głową wzmacnia wizerunek podeszłych lat; młodziej, bo uwłosienie pokrywa pooraną porannymi troskami i pojedynkami skórę. Siwa broda jest symbolem mędrości w niektórych nacjach, więc pewnie zapuściłbym tę ozdobę jako rabin, imam, pop albo nawet pustelnik (na to ostatnie mam kwalifikacje). Sąsiedzi Czesi nazywają brodę włochatą „plnovous – pełnowłos), co mi się lepiej podoba niż nasza nijaka broda. Przed wojną istniała łobuzerska zabawa „biber”. Kto pierwszy zobaczył brodacza i krzyknął „biber”, ten zdobywał ileś tam punktów. Zwyciężał ten, który ryzykował mordobicie za złapanie takiego bibra za jego uwłosienie. Nie lubię tych porannych pojedynków o mój uporczywie odrastający plnovous, ale brak mi jeszcze odwagi na wycofanie się z tych krwawych potyczek. Dalsze ciekawostki i przypiski na ten temat w Uroczysku Widuna
niedziela, 18 października 2009
58.Rozwód z Manią Prześladowczą
Mam dość współżycią z moją Manią, która specjalizuje się w prześladowaniu mnie słowolubstwem. Wiem, wiem, zaraz powiecie, że to nieszkodliwa Mania, albo że te wasze poślubione Manie są dużo gorsze. No, tak, każdy ma swojego mola co go gryzie…albo swoją Manię co go trzyma w uścisku boa-dusiciela (jak się odmienia boa?)co u mnie objawia się tą czasochłonną gonitwą za słowami w rydwanie Gugla. Rydwan? Acha, to z niemieckiego Reitwagen, a –wan tak jak w karawanie. Jak karawana (lepsza niż karawan), to wielbłąd. Wiele błędów w tym dwu-lub jednogarbnym koniu pustyni wynikło z tego, że to słowo ukradliśmy z gockiego „ulbandus” (staroang. olfend), a Goci ukradli je z greckiej nazwy słonia „elephantos”. Podróżujący po dalekich i egzotycznych krajach wędrowcy widzieli te nieznane w Europie zwierzęta, pytali tubylców i tak powtarzali, jak zapamiętali – kiepsko. Tutaj właśnie przedstawiłem wam obrazowo moje trudne współżycie z Manią. Byle słowo i od razu rzucam się w pogoń po webie, po słownikach itp dopóki nie dowiem się wszystkiego o nim, najlepiej w kilku językach. „Camel” angielski wierbląd (nasza ludowa wariacja trudnego słowa) przywędrował z fenickiego i hebrajskiego „gamal”, z arabskiego „jamala – nieść”. Prosta nazwa to „nosiciel”. Spokrewniona z wielbłądem jest trzecia litera greckiego alphabetu „gamma”, bo ta sama litera w fenickim i hebrajskim nazywa się „gamal-wielbłąd”, bo swoim wyglądem rzekomo przypomina szyję tego zwierzaka - Γ – Jeden ślad wielbłądzi poprowadził mnie nawet do tej prastarej religii, którą był zaratusztrianizm. Imię założyciela, Zaratusztry, dosłownie w perskim „ten, którego wielbłądy są stare” - „zarant-stary i usztra – wielbłąd”, piękna metafora na religijnego nauczyciela. Mania popycha mnie teraz na dalsze włóczęgi (musztra, usterka, gerontologia etc.) bo wystarczy pogalopować na moim guglowym nosicielu po webie, aby znaleźć tysiące węzełków słownych, skojarzeń, znalezisk. Rozwód? Nieee, jestem do mojej Manii byt przywiązany, więc chyba rozwodu z nią nie będzie, bo wolę rozwodzić się nad słowiszczem- bogactwem słów :-)
sobota, 17 października 2009
57. Serenada Skrzypiących Kolan i Butów
Skrzypek na Dachu może ukołysać do snu, ale skrzypiące drzwi doprowadzają niektórych ludzi do szału. Są nawet tacy, którzy usuwają skrzypiące drzwi, bo żadne maści, balsamy i wonne olejki nie pomagają. Wczoraj moja lekko skrzypiąca wyszukiwarka wyrzuciła mi lawinę niesamowitych informacji na temat skrzypienia. Teraz wiem, że moje uporczywie kapiące krany, drzwi, podłogi i nocne trzaski w ciemnych kątach domu, to nic innego jak pokręcony feng szłej. Z tym mogę sobie dać radę, bo znam kilka chińskich zaklęć i jestem za pan brat z ośmiokątem i pięcioma żywiołkami. Moje ostatnie problemy były wynikiem zakłócenia elementu wody –sąsiad nade mną hałasuje od tygodnia, przebudowując łazienkę na jakieś dżakuzi. Nawet same to słowo skrzypi i rzępoli w moich uszach. Podejrzewam, że ten sąsiad, człek skądinąd pogodny, nosi także skrzypiące buty, ma skrzypiący samochód i gdy pada deszcz wycieraczki jego auta hałasują jak opętane skrzypki na szybach. Tacy ludzie mają zwykle także skrzypiące kolana, gdy się niepotrzebnie gimnastykują, robiąc przysiady. W tej chwili otworzyłem okno na ogród i słyszę skrzypiące gałęzie targane silnym wiatrem. Gdzie jest mój kompas, magnes i ośmiokąt? Idę wywoływać Smoka Skrz.
piątek, 16 października 2009
56.Skrzypek Na Dachu-Taniec Butelek
Za oknem sypialni stoi stuletnia topola. Wciąż ubrana w zielone liście, bo one pojawiają się dopiero późną wiosną i nie opadną przed końcem listopada. Dziś topola przywołała mi na pamięć swojego imiennika, Topola. A Topol to skrzypek na dachu i jego czepliwa piosenka „gdybym był bogaczem” (if I were a rich man,diby, diby,bum), a od tego do tego weselnego tańca z butelkami. Nie pamiętam jak dawno temu widziałem ten film, w kinie i w TV, ale wiem, że zrobił na mnie bardzo specjalne wrażenie. Może dlatego, że dla byłego mieszkańca Lublina ten skrzypec na dachu przesuwał smyczkiem po jakichś strunach pamięci, które targnęły nerwem nostalgii za tym przedziwnym folklorem przedwojennej Polski. W każdym razie na weekendowe wieczory posłuchajcie Topola (chyba kryje się w gęstej zieleni mojej starej topoli) w jego klasycznej piosence If I were a rich man , a potem popatrzcie na ten fantastyczny taniec Bottle Dance w chałatach z butelkami na kapeluszach. 55. Semantyczny Striptiz Stefana
Wvbaczcie ten semantyczny ekshibicjonizm, ale czego nie robi się w imię Badania Naukowych Tajemnic. ;-) Tak mnie zaintrygowały te poliglotyczne przebłyski w codziennie używanych słowach, że poddałem tej analizie moje własne imię. Stefan . Jest wiele wersji tego imienia:Steven, Stephan, Etienne, Esteban, Stefano, Istvan i Stephanos-Szczepan. Kim jestem? Stephanos to grecki „wieniec",który był zielonym symbolem władzy królewskiej lub nagrodą dla zwycięzcy w igrzyskach. Gdy przyszłem na świat, moja starsza siostra podsłuchała jakąś rozmowę o znaczeniu imienia Stefana i poleciala na plotki do sąsiadów z wieścią, że jej braciszek będzie nazywał się Wianuszek. Możliwe, że moja poetyczna Mama, chciała dać mi słowiańskie imię Wieńczysława i stąd poszło nieporozumienie. Jakie obce słowa kryją się w tym bukiecie imion? STEFAN to Santa Fe hiszpańska -„święta wiara”;nazwa starego i pięknego miasta, stolicy Nowego Meksyku. Paradoksalnie, wiara nie kojarzy mi się z religią, chociaż uważam ją za niezbędny element życia na tej planecie. W co się wierzy, nie jest ważne. Ateista to też człowiek wiary, bo między ruchem i bezruchem tkwi tylko gałązka bzu. „Fan” w moim imieniu to szeroki „wachlarz” dyletanckich zainteresowań. Klasyczny chiński Taniec Wachlarzy (Fan Dance) pt Kwiaty w Deszczu (Est Fan). Fan jako krzykliwy entuzjasta kopania piłki między dwa słupki nie mieści się w moim Stefanie. Podoba mi się Istvan, bo to mogę sobie przetłumaczyć na węgiersko-angielski „boski rydwan”, chociaż „van” to tylko taki zwyczajny samochód dostawczy typu furgon. Od paru lat nie mam ani limuzyny ani furgonetki, tylko dwie nogi i przepustkę emeryta na transport londyński. Jest jeszcze wiele innych ukrytych słów w tym imieniu, ale brak mi czasu na szukanie.
wtorek, 06 października 2009
54. Tęsknota Jako Napinacz Czasu
W tym blogu ujrzycie po raz pierwszy całe bogactwo polskich słów, w kórych często są zawarte słowa z innych języków. Dziś zajmę się tęsknotą, bo jest to zlepek wiele ciekawych znaczeń. Jak każdy widzi, tęsknota składa się z trzech leksemów: „tens-knot-a”. „Tens” to angielskie słowo „tense” (wym. tens) którego znaczenie pasuje do naszej tęsknoty jak ulał: napięty, natężony, wytrzymały na ciągnienie, w stanie napięcia, napinacz. Z tego widać, że tensknota to emocjonalny napinacz i takie powinno być jedno z jego znaczeń w moim meta-słowniku. Drugie znaczenie „tens” to gramatyczny „czas” (past tense- czas przeszły) i tutaj widzimy, że tęsknota to nic innego jak napinacz czasu. Anglik mówi „ I am longing for quiet life”- „tęsknie za spokojnym życiem”, ale że eksem „long” ma główne znaczenie „długości” , więc jego tęsknota to „dłużenie się czasu w oczekiwaniu na coś albo na kogoś”. Trzecie znaczenie „tense” to liczba mnoga od „ten-dziesięć”. Człowiej zżerany tęsknotą liczy dni na palcach, a ma ich 10. Drugi leksem w naszej „tęsknocie” to „knot” – w polskim „skręcona nitka w świecy, albo taśma w lampie”, ale w angielskim (wym.’not) to „węzeł, kokarda,sęk, kępka, zmarszczenie brwi, zawiły, poplątany”.Intryguje mnie ten polski knot, bo jest do dziś (głównie w świecach) potrzebny do otrzymania światła, ale ma także uboczne znaczenia. „Knocić” czyli spartolić, zepsuć nieudolnie” i „kopcić” – tlić się, dymiąc czarną sadzą, co jest rezultatem zaniedbania knota, który wymaga ciągłego strzyżenia. Definicja tęsknoty:” splątany w dziesięć węzłów napinacz czasu, który kopci i produkuje czarny dym, gdy nie jest przycinany tak, aby świecił.” Zawiła definicja? Krótsza: „świeca czasu, która albo daje światło albo kopci.” Są inne możliwości, ale dość na dziś. Napisałem, bo moją tesknota za Klechdami kopciła. J
niedziela, 03 maja 2009
53. Nietutejsi i Tutaj Niepożądani
Zaniedbałem trochę te stareńkie Klechdy, ale od czasu do czasu sumienie mnie ruszy i wracam – z westchnieniem ,bo programowanie Bloxa jest jest jak zakalec w wielkanocnej babie. Jako zadomowiony na tej Wyspie emigrant z przedczasów, obserwuję z sympatią, pomieszaną z horrorem, to polskie tsunami nowej emigracji, zalewające gościnne wybrzeża Wielkiej Brytanii. Sympatię mam dla tych rodaków, którzy wnoszą to co najlepsze w Polakach: uprzejmość, zaradność i pracowitość która, w porównaniu z tubylcami, jest zdumiewająca i nawet wywołuje ich niechęć do takich „stachanowców”. Nie tak dawno jeszcze Polacy byli zwykle nielegalnymi emigrantami, ale z wejściem Polski do Unii to się zmieniło radykalnie i na lepsze. Co mnie jednak brzydzi i napełnia bezsilną złością jest polskie cwaniactwo, ta dziwna skłonność do wykorzystywania dobrej woli i naiwności gospodarzy. Emigrancka mafia polskich oszustów i cwaniaków jest czarną plama na reputacji wszystkich. Ich działania są opisywane w polskiej prasie w Anglii, ale w najgorszym świetle– poprzez nieuniknioną generalizację w myśl zasady, że „oni wszyscy tacy sami” – stawiają nas takie filmy jak „Outlanders” (Nietutejsi) Dominika Lees’a, który ukazał się w kinach pod koniec zeszłego roku. Pełny opis tego rzekomo „realistycznego” filmu możecie przeczytać tutaj. Lees twierdził w wywiadzie w magazynie Goniec , że nie miał zamiaru przedstawić wszystkich polskich emigrantów na Wyspie w takim świetle, ale takie argumenty nigdy nie trafiają mi do przekonania. Prawicowa prasa i brytyjskie związki zawodowe łapią takie właśnie „dowody”, aby karmić nimi angielskich ksenofobów. Dziś jest trochę inaczej, ale cwaniactwo jest wciąż widoczne, szczególnie w wykorzystywaniu zakwaterowania nowych emigrantów. O takich nietutejszych można tylko powiedzieć, że tutaj są niepożądani. Ale jak ich wytrzebić, gdy się tu zagnieżdżą, to inna sprawa.
niedziela, 22 marca 2009
52.Złudzenia Na Wirażach Gugla
Zaciekawiły mnie ostatnio różnice we frazach wyszukiwarek na moich dwóch polskich blogach. Wczoraj zrobiłem przegląd tych słów które, jak błędne ogniki, zwabiły tłumy poszukiwaczy do wpisów na wielo-języcznym Wordpresie do mojej Gontyny Druida. Dziś jest kolej na polskiego Bloxa i Klechdy. Dominującym słowem tutaj były „jadowite pająki” w takich kombinacjach jak „jad wdowy”, „fałszywa wdowa pająk” i „jadowite pająki w Polsce”. Gdy poszukiwacz wejdzie na stronę Klechd i zobaczy jakiś wpis na temat jadowitej wdowy to jeszcze pół biedy. Ale ludzie przylatują tu także na czarnych skrzydłach ponurych myśli lub zamiarów. Czy ja na prawdę napisałem coś na temat „mordu elektrycznym prądem” albo o „wściekłych biedronkach”? Czy poszukiwacze uznają mnie od tego momentu za speca i wyrocznię w tych całkowicie obcych mi tematach? Po drugiej stronie medalu są biedacy szukający pomocy lekarskiej i tutaj trafili lepiej, bo starzy gęślarze mają tajemną wiedzę o ziołach i różnych gusłach. Pewna młoda osoba martwi się „niskim ciśnieniem u nastolatka”. Na niskie ciśnienie zawsze polecam mocne uściski, bo nic tak nie przyśpiesza tętna serca jak odrobina miłości. Nie wykluczam takiej możliwości typowo guglowej, że ta sama osoba znalazła w Klechdach odpowiedź i rozczarowanie po wpisaniu „sextus jako imię”. Sextus znaczy szóste dziecko, co ma pewien związek z seksem, ale takie imię nie podniesie niskiego ciśnienia. I wreszcie pytanie, na które Klechdy nie znają odpowiedzi: „rola majtka na statku Kolumba”. Domyślam się jeno, że tu chodzi o te słynny okrzyk „Ziemia!Ziemia!” gdy majtki Kolumba rozdarły się na bocianim gnieździe. Kolumb ucieszył się, bo myślal że znalazł Indie, a to nie była nawet Ameryka, gdzie mieszkali Indianie, tylko nie ci hinduscy. Taki był z niego żeglarz od pięciu boleści.
czwartek, 05 marca 2009
51. Przygody z Kobietą-Robotem
Dziś rano dzwoni telefon i melodyjny głos kobiety pyta czy ma przyjemność mówienia do mnie. Połechtany w próżnię mej męskiej próżności, przyznaję się do bycia mną. „Tutaj Utyskali, twój prowider. Jeśli jesteś naszym klientem, kliknij 1.” Naciskam 0 bo już nie jestem ich klientem. „Nie zrozumiałam twej odpowiedzi,” szczebiocze kobieta-robot, w prawdziwym życiu jakaś bezrobotna aktorka. Dla świętego spokoju, klikam jedynkę. Od tego momentu rozmowa staje się bardziej intymna i groźna. Po sprawdzeniu mojej daty urodzenia, Robota utyskuje, że nie może ściągnąć należnej im zapłaty za brodband, bo mój bank odmówił debetu. Jeśli nie uiszczę jej telefonicznie, grozi Automata, to Utyskali z przykrością odetnie mnie od internetu. Mój złośliwy rechot nie wywołuje żadnej reakcji, bo kobiety- roboty są bez mózgu, serca i ciepłych uczuć dla starego klienta. Przez następnych parę minut bawimy się w granie numerkami na telefono-klawiaturze. Moje częste pomyłki, celowe lub przypadkowe, doprowadzają wkońcu do nerwowego załamania Robotowej i prosi abym przycisnął gwiazdkę w celu połączenia się z żywą instruktorką nieudolnego dłużnika. Patrycja zapewnia mnie, że nasza rozmowa jest bezpłatna i cała tranzakcja jest załatwiona w pięć minut. Te kobiety- automaty mnożą się wszędzie jak plaga egipska. Ile razy podniosę słuchawkę, wita mnie ten beznamiętny głos z kobiałką wielu opcji. Aby zapamiętać pierwszych pięć trzeba mieć IQ ponad 180, a te są zaledwie początkiem dalszych ważkich decyzji. Gdy wreszcie ustawią mnie w telefonicznym ogonku do hinduskiego doradcy, złośliwe roboty włączają Cztery Sezony Vivaldiego, które trwają latami podczas gdy minuty tykają bezlitośnie i kosztownie. Często zamiast kojących tonów klasyków, muszę słuchać hałasu pop. Od czasu do czasu robot przerywa muzyczkę i przeprasza za długie czekanie. Gdy wreszcie odezwie się „doradca”, okazuje się że rozmawiam z jakimś guru w aszramie Utyskali w Mumbai. Dlaczego nie buntujemy się przeciwko takim metodom wyzyskiwania klientów? No, bo tego...bo oni i tak będą zdzierać z nas...bo taki mamy system...trza sie pogodzić... |